Psie zaprzęgi na Svalbardzie były jednym z najmocniejszych przeżyć mojego pobytu na Spitsbergenie. Nie piszę tego jako pustego zachwytu po turystycznej atrakcji. To była Arktyka w najbardziej bezpośredniej formie: noc polarna, ciemność przez całą dobę, psy rwące się do biegu, lodowaty wiatr, wózki zamiast sań, przewodnik przygotowany na warunki polarne i temperatura odczuwalna, która w najgorszym momencie dochodziła do około -50°C.
To nie był spokojny spacer z pieskami. To było doświadczenie, które zostaje w ciele. Pamiętam sztywniejącą twarz, palce szukające ciepła w ogromnych futrzanych rękawicach, absolutną ciemność, oddechy psów, światło czołówek, skrzypienie śniegu i moment, w którym zaprzęg rusza, a człowiek nagle rozumie, że dawny transport arktyczny nie był romantyczną zabawą, tylko technologią przetrwania.
Wybraliśmy Green Dog Svalbard w Bolterdalen, niedaleko Longyearbyen. Był grudzień 2022 roku. Trwała noc polarna, a warunki śniegowe nie pozwoliły na klasyczne sanie. Zamiast tego jechaliśmy specjalnymi wózkami na kołach ciągniętymi przez silne psy zaprzęgowe. I choć w głowie miałem obraz sań sunących przez śnieg, ta wersja okazała się równie mocna, a może nawet bardziej surowa, bo wiatr i mróz były bezlitosne.

Spis treści
- Dlaczego to było jedno z moich największych przeżyć na Spitsbergenie?
- To jest Arktyka, nie zwykła atrakcja z psami
- Green Dog Svalbard – gdzie odbywa się wyprawa?
- Noc polarna i ciemność przez całą dobę
- Sanie czy wózek? Dlaczego jechaliśmy na kołach?
- Przygotowanie: kombinezony, buty i rękawice, które naprawdę ratują dłonie
- Spotkanie z psami zaprzęgowymi
- Jak działa zaprzęg i kto nim kieruje?
- Jazda przez ciemność, wiatr i lodowe pustkowie
- Temperatura: -25°C, -33°C i odczuwalne -50°C
- Zorza polarna podczas wyprawy
- Film z wyprawy
- Powrót do chaty Green Dog: herbata, gofry i opowieści
- Szczeniaki i psia baza – zachwyt, ale też trudny widok
- Kilka słów o etyce psich zaprzęgów
- Bezpieczeństwo i uzbrojony przewodnik
- Jak się ubrać na psie zaprzęgi na Svalbardzie?
- Sprzęt, zdjęcia i elektronika na takim mrozie
- Dla kogo jest taka wyprawa?
- Praktyczne informacje
- Czy warto?
- Zobacz też
- FAQ – psie zaprzęgi na Svalbardzie z Green Dog
- Galeria zdjęć: psie zaprzęgi na Svalbardzie, Green Dog i noc polarna
Dlaczego to było jedno z moich największych przeżyć na Spitsbergenie?
Bo ta wyprawa nie była tylko „fajna”. Ona była fizyczna. Czułem ją w twarzy, dłoniach, nogach i głowie. Na Svalbardzie zima nie jest dekoracją. Noc polarna nie jest ciekawostką. Psy nie są pluszową atrakcją. Przewodnik z bronią nie jest elementem klimatu. Wszystko ma swoją funkcję: ubranie, światło, transport, psy, broń, trasa, przerwy, ciepła chata po powrocie.
W wielu miejscach podróżniczych atrakcja jest zbudowana wokół widoku. Tu widok był tylko częścią sprawy. Najważniejsze było przejście przez doświadczenie: najpierw oczekiwanie, potem przebieranie się w arktyczny sprzęt, kontakt z psami, hałas przed startem, nagły ruch zaprzęgu, absolutna ciemność doliny, potem wiatr, który wchodził pod maskę i odbierał twarzy mimikę.
W najzimniejszym momencie twarz całkowicie zesztywniała. Nie dało się normalnie uśmiechnąć, bo każdy mięsień był jak z lodu. I właśnie takie rzeczy zostają w pamięci mocniej niż opis w przewodniku. To nie była wygodna atrakcja z folderu. To było spotkanie z Arktyką.
To jest Arktyka, nie zwykła atrakcja z psami
Svalbard trzeba traktować poważnie. Longyearbyen jest osadą, ma hotele, sklep, restauracje, muzeum i lotnisko, ale wystarczy wyjechać kawałek poza miasto, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie. Tam zaczyna się teren niedźwiedzi polarnych, lodu, wiatru, dolin, gór i realnego ryzyka.
Dlatego psie zaprzęgi na Svalbardzie nie są tym samym, co zimowa atrakcja w popularnym kurorcie. Tu wszystko dzieje się w miejscu, gdzie przyroda nie jest tłem dla turysty. To człowiek jest gościem. Psy pracują w środowisku, do którego zostały stworzone i nauczone. Przewodnicy znają teren, pogodę i procedury. Uczestnik musi słuchać instrukcji, bo przy takim mrozie i ciemności drobny błąd szybko przestaje być drobny.
Najbardziej uderzyło mnie to, że Arktyka nie potrzebuje dramatyzowania. Wystarczy stać chwilę w nocy, przy wietrze, z twarzą wystawioną na mróz. Po kilku minutach człowiek sam rozumie, że to nie jest miejsce na nonszalancję.
Green Dog Svalbard – gdzie odbywa się wyprawa?
Green Dog Svalbard działa w Bolterdalen, około 10–12 km od Longyearbyen. To ważne, bo już sama droga z miasta do psiej bazy pokazuje, jak szybko kończy się „miasteczko”, a zaczyna arktyczna przestrzeń. Wyprawy są organizowane z odbiorem z Longyearbyen, więc nie trzeba samodzielnie dojeżdżać w teren.
Green Dog to duża baza psów zaprzęgowych. Oficjalne materiały opisują psy jako mieszankę psa grenlandzkiego i husky. Na miejscu czuć skalę tego przedsięwzięcia: budy, zaprzęgi, sprzęt, uprzęże, wózki, sanie, ludzie pracujący z psami i zwierzęta, które bardzo wyraźnie wiedzą, kiedy nadchodzi moment wyjścia.
Dla mnie Green Dog był jednocześnie fascynujący i trudny. Z jednej strony profesjonalna organizacja, mocne psy, świetne doświadczenie i przewodniczka, która naprawdę wiedziała, co robi. Z drugiej – widok setek bud i pracujących zwierząt nie jest cukierkowy. To nie jest bajka Disneya, tylko arktyczna rzeczywistość psów zaprzęgowych.

Noc polarna i ciemność przez całą dobę
W grudniu w Longyearbyen trwa noc polarna. Słońce nie wschodzi ani na chwilę, a dzień przestaje być naturalnym punktem odniesienia. Nieważne, czy jest 4 rano, 10 rano, 15 po południu czy 20 wieczorem – krajobraz wygląda jak noc. Zmienia się tylko natężenie świateł, pogoda i to, jak długo organizm udaje, że rozumie, która jest godzina.
Dla psich zaprzęgów noc polarna jest czymś niezwykłym. Nie ma zwykłego widoku drogi, pola, lasu czy ścieżki. Jest czarne niebo, śnieg odbijający światło, czołówki, reflektory, sylwetki psów i góry, które pojawiają się bardziej jako ciemne masy niż normalny krajobraz. To daje doświadczenie bardzo pierwotne: jedziesz, słyszysz psy, czujesz ruch i wiesz, że poza światłem jest ogromna przestrzeń.
To właśnie ta ciemność zrobiła na mnie największe wrażenie. W innych miejscach północy noc przychodzi po dniu. Na Svalbardzie w grudniu noc jest środowiskiem. W niej jesz śniadanie, idziesz do sklepu, zwiedzasz, jedziesz na zaprzęgi i wracasz do hotelu.

Sanie czy wózek? Dlaczego jechaliśmy na kołach?
W idealnym wyobrażeniu o psich zaprzęgach na Svalbardzie są sanie, śnieg, płozy i cisza sunąca po białej przestrzeni. W rzeczywistości wszystko zależy od warunków. Green Dog organizuje wyprawy tak, że jeśli śniegu jest wystarczająco dużo, jedzie się saniami. Jeśli warunki śniegowe nie są odpowiednie, używa się specjalnych wózków na kołach.
Podczas mojej wyprawy sanie nie były możliwe. Zamiast nich jechaliśmy w solidnych wózkach ciągniętych przez psy. Każdy wózek miał miejsca dla uczestników, a przewodnik prowadził zaprzęg z tyłu. Na początku można poczuć rozczarowanie, bo człowiek marzył o saniach. Ale po kilku minutach jazdy to przestaje mieć znaczenie. Psy biegną, wózek jedzie, ciemność jest ta sama, mróz ten sam, wiatr ten sam, a Arktyka nadal jest Arktyką.
Co więcej, wózek na kołach przy takich warunkach pokazuje praktyczną stronę Svalbardu. Tu nie organizuje się atrakcji pod obrazek z katalogu. Tu organizuje się przejazd tak, żeby w danych warunkach było to możliwe i bezpieczne. To bardzo arktyczne podejście: mniej romantyzmu, więcej funkcji.
Przygotowanie: kombinezony, buty i rękawice, które naprawdę ratują dłonie
Przed startem dostaliśmy dodatkowy sprzęt: kombinezony, warstwy ochronne, buty i ogromne rękawice. To nie był teatralny kostium dla turystów. To było wyposażenie potrzebne do przeżycia tej wyprawy w sensownym komforcie. Własne rękawice, nawet zimowe, zupełnie się nie sprawdziły. Dopiero po włożeniu dłoni w wielkie arktyczne rękawice wyściełane futrem poczułem prawdziwe ciepło.
To był bardzo konkretny moment edukacyjny. W Europie Środkowej człowiek często myśli, że „ciepłe rękawiczki” to ciepłe rękawiczki. Na Svalbardzie okazuje się, że istnieje zupełnie inna skala. Przy -30°C i wietrze dłonie marzną błyskawicznie. Gdy siedzisz na wózku, nie produkujesz dużo ciepła ruchem. Psy biegną, a Ty siedzisz i jesteś wystawiony na zimno.
Dlatego przygotowanie ubrania jest częścią wyprawy, nie formalnością. Jeśli źle się ubierzesz, nie będziesz pamiętał psów, zorzy i Arktyki. Będziesz pamiętał tylko, że było Ci potwornie zimno.
Spotkanie z psami zaprzęgowymi
Spotkanie z psami było jednym z najmocniejszych momentów przed startem. To są duże, silne, pracujące psy. Nie wszystkie zachowują się jak domowe psy kanapowe, które czekają na głaskanie. One obwąchują, sprawdzają, liżą, szczekają, ciągną, ekscytują się, a kiedy zaczyna się przygotowanie zaprzęgu, w całej bazie rośnie napięcie.
Najbardziej zapamiętałem ich energię. Przed ruszeniem jest hałas, szczekanie, ruch, niecierpliwość. Psy wiedzą, że zaraz będą biec. To jest ich praca, ale też coś, do czego są niesamowicie zmotywowane. Kiedy zaprzęg rusza, chaos nagle zamienia się w rytm. To bardzo ciekawe przejście: przed startem prawie eksplozja, po starcie praca zespołu.
Na miejscu zobaczyłem też psy z bliska, w świetle lamp i czołówek. Czarno-białe sylwetki na śniegu, para z pysków, grube futro, skupienie i czekanie na komendę. To spotkanie z żywą arktyczną technologią transportu – bo zanim były skutery śnieżne, zanim były ratraki i współczesna logistyka, to właśnie psy były jednym z najważniejszych narzędzi poruszania się po północy.


Jak działa zaprzęg i kto nim kieruje?
Zaprzęg nie jest przypadkową grupą psów przypiętych do liny. To zespół z układem, hierarchią i rolami. Na przedzie idą psy prowadzące, które reagują na komendy i nadają kierunek. Za nimi pracują kolejne psy, które utrzymują rytm i siłę ciągu. Całość działa dlatego, że psy są nauczone współpracy, a przewodnik rozumie ich zachowanie.
W naszej wyprawie każdy wózek miał miejsca dla uczestników, a przewodnik kierował zaprzęgiem z tyłu. Przy saniach lub innych wariantach układ może się różnić, ale zasada jest podobna: psy ciągną, przewodnik kontroluje tempo i kierunek, a uczestnicy są częścią przejazdu. Nie jest to jazda pasywna jak autobusem, bo bliskość psów, zimno i teren sprawiają, że cały czas jesteś zaangażowany.
Największe wrażenie robi moment ruszenia. Psy napierają, linie się napinają, wózek drży, przewodnik wydaje komendę i nagle wszystko zaczyna pracować. Z hałasu i napięcia powstaje ruch. Potem robi się ciszej. Słychać łapy, koła, oddechy, wiatr i śnieg.
Jazda przez ciemność, wiatr i lodowe pustkowie
Podczas jazdy ciemność była absolutna. Nie było normalnego horyzontu, nie było dziennego krajobrazu, nie było klasycznej orientacji. Były tylko światła, psy, śnieg, zarysy gór i lodowaty wiatr. Gdy jechaliśmy z wiatrem, chłód wydawał się jeszcze do zniesienia. Gdy zmieniliśmy kierunek, zimno natychmiast wdzierało się pod maskę.
To był moment, w którym zrozumiałem, że temperatura z aplikacji to tylko liczba. Prawdziwe zimno pojawia się wtedy, gdy siedzisz nieruchomo, jedziesz przez pustą dolinę, a wiatr pracuje na twarzy jak narzędzie. W pewnej chwili twarz zesztywniała mi tak bardzo, że nie dało się normalnie uśmiechnąć. To uczucie jest dziwne i bardzo zapamiętywalne. Człowiek chce się śmiać z emocji, ale twarz mówi: nie teraz.
W takich warunkach jazda psim zaprzęgiem przestaje być obrazkiem. Staje się ruchem przez przestrzeń, w której człowiek jest słaby, a psy są u siebie. One biegną w rytmie, który dla nich ma sens. My siedzimy, kulimy się w ubraniach i próbujemy ogarnąć skalę tego miejsca.

Temperatura: -25°C, -33°C i odczuwalne -50°C
Podczas pobytu temperatura realna wahała się mniej więcej od -25°C do -33°C. To już samo w sobie jest dużo. Ale podczas jazdy zaprzęgiem najważniejsza była temperatura odczuwalna. W najzimniejszym momencie, przy wietrze i ruchu wózka, odczuwalne zimno dochodziło do około -50°C.
Przy takich wartościach każda słaba część ubrania wychodzi natychmiast. Jeśli rękawice są za cienkie, dłonie zaczynają boleć. Jeśli twarz nie jest osłonięta, wiatr ją unieruchamia. Jeśli buty mają za słabą izolację, zimno wchodzi od dołu. Najgorsze jest to, że podczas jazdy nie idziesz i nie rozgrzewasz się ruchem. Siedzisz, a organizm musi tylko bronić ciepła.
To doświadczenie było brutalne, ale też niesamowicie czyste. Nie ma miejsca na pozowanie. Nie ma miejsca na udawanie. Jest zimno, psy, ciemność i pytanie, czy jesteś dobrze przygotowany. Arktyka bardzo szybko sprawdza jakość teorii.
Zorza polarna podczas wyprawy
Podczas wyprawy pojawiła się zorza polarna. Nie była jedynym celem tego wyjazdu, ale była pięknym dodatkiem do całego doświadczenia. Na Svalbardzie w czasie nocy polarnej ciemność trwa cały dzień, więc zorza może pojawić się w godzinach, które gdzie indziej nie kojarzyłyby się z obserwacją nieba.
Na zdjęciach widać zieloną poświatę nad górami i bazą Green Dog. Trzeba pamiętać, że aparat i kamera widzą więcej niż oko. Dłuższa ekspozycja wydobywa kolor, którego człowiek w terenie może nie odebrać tak intensywnie. Ale nawet jeśli zorza była delikatniejsza na żywo, jej obecność nad psami, zaprzęgami i ciemną doliną tworzyła coś absolutnie niezwykłego.
Dla mnie to nie była „zorza do odhaczenia”. To był element większej sceny: psy, mróz, noc polarna, Arktyka i zielone światło nad głową. Zorza w takim miejscu nie jest tylko zjawiskiem astronomicznym. Staje się częścią krajobrazu, który działa na człowieka wszystkimi zmysłami.
Film z wyprawy
Film zostawiam w artykule, bo przy psich zaprzęgach zdjęcia nie wystarczają. Tu ważny jest ruch: psy przed startem, wózek, ciemność, dźwięk, światła, tempo i to, jak wygląda praca zaprzęgu w nocy polarnej. Dopiero film dobrze pokazuje, że to nie była statyczna atrakcja, tylko realna wyprawa w arktycznych warunkach.
Powrót do chaty Green Dog: herbata, gofry i opowieści
Po ponad godzinie jazdy wróciliśmy do drewnianej chaty Green Dog. I wtedy dopiero poczułem, jak ważne jest ciepło. W środku czekała gorąca herbata, gofry i odrobina brandy na rozgrzewkę. Po takim mrozie to nie jest dodatek gastronomiczny. To jest część całego rytuału: wrócić, usiąść, ogrzać dłonie, rozluźnić twarz i poczuć, że organizm powoli wraca z trybu obronnego.
Chata miała bardzo arktyczny klimat: drewno, stoły, dekoracje, świąteczne elementy, skóry, sprzęty i atmosfera miejsca, w którym ludzie po prostu naprawdę pracują z psami i turystami w ekstremalnym środowisku. Tam przewodniczka opowiadała o firmie, psach, życiu na Svalbardzie i codzienności w miejscu, które dla nas było przygodą, a dla nich jest pracą.
Ten kontrast był bardzo mocny: przed chwilą wiatr odbierał mi twarz, a teraz siedziałem przy stole z herbatą i gofrem. Tak wygląda dobra arktyczna wyprawa. Nie tylko ekstremum, ale też powrót do ciepła, gdzie dopiero można zrozumieć, co się wydarzyło.

Szczeniaki i psia baza – zachwyt, ale też trudny widok
Po jeździe mieliśmy okazję zobaczyć część bazy Green Dog, budy, sprzęt i szczeniaki. Szczeniaki oczywiście uruchamiają natychmiastowy zachwyt. Są małe, ruchliwe, ciekawe ludzi, a po tak ekstremalnej jeździe kontakt z nimi działa bardzo miękko i emocjonalnie.
Jednocześnie widok dużej liczby bud i psów jest trudny. Nie chcę tego lukrować. Dla osoby przyzwyczajonej do domowych psów taki obraz może być przygnębiający. To są psy pracujące, żyjące w rytmie zaprzęgów, treningów, hierarchii i arktycznych warunków. Przewodniczka tłumaczyła, że Green Dog bardzo dba o psy, zna ich potrzeby, pracuje z nimi na co dzień i traktuje je jako centrum całego przedsięwzięcia. Ale nawet przy takim wyjaśnieniu warto mieć własną uważność i własne pytania.
Dla mnie właśnie ta niejednoznaczność jest ważna. To było ogromne przeżycie i nie żałuję ani sekundy. Ale nie chcę opisywać psich zaprzęgów jak bajki bez cienia. To są zwierzęta pracujące w ekstremalnym miejscu. Trzeba patrzeć na nie z zachwytem, ale też z odpowiedzialnością.

Kilka słów o etyce psich zaprzęgów
Psie zaprzęgi są piękne, ale nie są tematem prostym. Z jednej strony to jedna z najważniejszych tradycji północy, realny sposób poruszania się po Arktyce i praca psów, które są silne, wytrzymałe i bardzo zmotywowane do biegu. Z drugiej strony turystyka zawsze powinna zadawać pytania o dobrostan zwierząt, liczbę psów, warunki życia, emeryturę, odpoczynek i to, czy operator traktuje psy jako partnerów pracy, czy tylko jako zasób.
Dlatego przed rezerwacją warto sprawdzić operatora, opinie, wielkość grupy, opis opieki nad psami i własny próg etyczny. Oficjalne materiały Green Dog podkreślają, że psy są centrum ich działalności, pracownicy mieszkają przy psach, a baza jest podzielona na mniejsze zespoły prowadzone przez przewodników. To ważne informacje, ale na miejscu każdy powinien patrzeć uważnie.
Moje doświadczenie było bardzo mocne i pozytywne, ale nie było bezrefleksyjne. Psy były niesamowite. Wyprawa była świetnie zorganizowana. Jednocześnie widok dużej hodowli psów pracujących zostaje w głowie. I dobrze, że zostaje. Podróżowanie powinno zostawiać nie tylko zachwyt, ale też pytania.
Bezpieczeństwo i uzbrojony przewodnik
Poza Longyearbyen przewodnik jest przygotowany na realia Svalbardu, w tym na ryzyko spotkania z niedźwiedziem polarnym. To oznacza odpowiednie procedury, środki bezpieczeństwa i broń. Broń nie jest atrakcją ani elementem klimatu. Jest częścią bezpieczeństwa w miejscu, gdzie człowiek wchodzi w teren dużego drapieżnika.
Warto to zrozumieć przed wyjazdem. Svalbard nie jest miejscem, gdzie poza osadą chodzi się samemu „bo widać drogę”. Turyści powinni korzystać z lokalnych przewodników, szczególnie zimą, podczas nocy polarnej i poza granicami miasta. Przewodnik zna teren, psy, pogodę, zachowanie grupy i procedury.
Paradoksalnie to właśnie przygotowanie przewodników sprawia, że uczestnik może przeżyć przygodę bez poczucia chaosu. Wiesz, że jesteś w trudnym miejscu, ale nie jesteś sam. Ktoś ogarnia trasę, zwierzęta, sprzęt, bezpieczeństwo i powrót.
Jak się ubrać na psie zaprzęgi na Svalbardzie?
Na psie zaprzęgi zimą na Svalbardzie trzeba ubrać się tak, jakbyś miał siedzieć nieruchomo w arktycznym wietrze. Bo właśnie tak będzie. Podczas jazdy psy pracują, ale uczestnik siedzi. To znaczy, że nie rozgrzewasz się ruchem tak jak podczas marszu. Dlatego ubranie musi być lepsze niż „zimowe”. Musi być arktyczne.
- Warstwa bazowa: wełna merino albo bardzo dobra bielizna termiczna.
- Warstwa środkowa: gruby polar, sweter wełniany lub ocieplina.
- Warstwa zewnętrzna: kombinezon od organizatora albo bardzo ciepła kurtka i spodnie zimowe.
- Stopy: grube wełniane skarpety i izolowane buty; zwykłe buty zimowe mogą nie wystarczyć.
- Dłonie: ogromne rękawice arktyczne są konieczne; zwykłe rękawice szybko przegrywają.
- Twarz: komin, maska, buff, kaptur, czapka; wiatr na twarzy był jednym z najtrudniejszych elementów.
- Elektronika: telefon i baterie trzymaj blisko ciała, bo mróz bardzo szybko rozładowuje sprzęt.
- Okulary / gogle: przy wietrze mogą pomóc, choć zależy to od warunków i operatora.
Najważniejsza rada: nie oceniaj ubrania po tym, czy jest Ci ciepło przed startem. Przed startem stoisz, ruszasz się, ekscytujesz i jesteś blisko bazy. Prawdziwy test zaczyna się po kilkunastu minutach jazdy w ciemności.
Sprzęt, zdjęcia i elektronika na takim mrozie
Zdjęcia podczas psich zaprzęgów są trudne. Jest ciemno, zimno, wszystko się rusza, psy nie czekają na idealny kadr, a ręce są w rękawicach wielkości małych poduszek. Telefon działa, ale bateria spada szybciej. Aparat lub GoPro wymagają wcześniejszego przygotowania. Nie ma sensu uczyć się ustawień w momencie, gdy twarz zaczyna drętwieć.
Najlepsze kadry powstają zwykle podczas postojów, przy bazie, przy zaprzęgach i po powrocie. W trakcie jazdy można próbować nagrań, ale trzeba zabezpieczyć sprzęt i siebie. Przy takim zimnie łatwo coś upuścić, źle nacisnąć albo po prostu zrezygnować, bo dłonie mają własny plan przetrwania.
Najważniejsza rzecz: najpierw przeżycie, potem zdjęcie. Przy -50°C odczuwalnej temperatury nie warto walczyć o idealny kadr kosztem komfortu i bezpieczeństwa. Lepiej zrobić mniej zdjęć, ale naprawdę być w tym doświadczeniu.
Dla kogo jest taka wyprawa?
To jest wyprawa dla osób, które chcą poczuć Arktykę naprawdę. Nie musi być ekstremalnie trudna technicznie, bo większość czasu uczestnik siedzi w zaprzęgu lub wózku, ale jest trudna środowiskowo. Największym wyzwaniem nie jest sprawność fizyczna, tylko zimno, ciemność, wiatr i gotowość na surowe warunki.
Jeśli ktoś marzy o pięknej, wygodnej atrakcji z pieskami, może być zaskoczony. Jeśli ktoś chce mocnego doświadczenia polarnego, będzie zachwycony. Dla mnie to była jedna z najważniejszych rzeczy na Spitsbergenie właśnie dlatego, że była realna, zimna, niełatwa i bardzo daleka od standardowej turystyki.
Z dzieckiem trzeba bardzo ostrożnie ocenić wiek, odporność na zimno i regulamin operatora. Aktualne oferty Green Dog dla wypraw w noc polarną podają minimalny wiek 12 lat, więc to nie jest atrakcja dla małych dzieci. Przy rodzinie trzeba sprawdzić konkretne warunki przed rezerwacją.
Praktyczne informacje
- Miejsce: Green Dog Svalbard, Bolterdalen, okolice Longyearbyen, Spitsbergen.
- Odległość od Longyearbyen: około 10–12 km.
- Termin mojej wyprawy: grudzień 2022 roku, noc polarna.
- Warunki: temperatura realna około -25°C do -33°C, odczuwalnie w najzimniejszym momencie około -50°C.
- Transport: odbiór z Longyearbyen i przejazd do bazy Green Dog.
- Środek przejazdu: w zależności od śniegu sanie albo wózki na kołach; u nas były wózki.
- Psy: silne psy zaprzęgowe, mieszanka psa grenlandzkiego i husky.
- Czas całej wyprawy: u mnie około 4–5 godzin od odbioru do powrotu; aktualne oferty mogą mieć inny czas, np. ok. 3,5 godziny.
- Poziom trudności: fizycznie umiarkowany lub niski dla uczestnika siedzącego w zaprzęgu/wózku, ale środowiskowo trudny przez mróz, wiatr i ciemność.
- Bezpieczeństwo: poza Longyearbyen przewodnik ma wymagane zabezpieczenie przeciw niedźwiedziom polarnym.
- Sprzęt od organizatora: kombinezony, buty, czapki, rękawice, osłony szyi – szczegóły zawsze sprawdź w aktualnej ofercie.
- Cena: aktualnie strona Green Dog dla wyprawy „On tour with sleddogs” pokazuje 2390 NOK za osobę; ceny trzeba sprawdzać przed rezerwacją.
Czy warto?
Tak. To było jedno z moich największych przeżyć na Spitsbergenie i jedna z tych przygód, które zostają na długo. Nie dlatego, że było łatwo. Właśnie dlatego, że nie było. Psie zaprzęgi z Green Dog podczas nocy polarnej pokazały mi Svalbard w wersji surowej, zimnej, prawdziwej i fizycznej.
Zapamiętałem psy, które przed startem nie mogły ustać w miejscu. Zapamiętałem moment ruszenia. Zapamiętałem ciemność, w której nie ma normalnego dnia. Zapamiętałem wiatr, który wdzierał się pod maskę. Zapamiętałem twarz, która przestała się uśmiechać, bo zamarzła. Zapamiętałem też ciepło chaty po powrocie, herbatę, gofry i poczucie, że właśnie przeżyłem coś, czego nie da się porównać z normalną zimową wycieczką.
To nie jest atrakcja dla każdego. Ale jeśli chcesz poczuć Arktykę, a nie tylko ją zobaczyć, psie zaprzęgi na Svalbardzie są jednym z najmocniejszych sposobów, żeby to zrobić.
Zobacz też
- Psie zaprzęgi na Svalbardzie – aktualny wpis
- Longyearbyen zimą – polarna noc, mróz, renifery i moje przygody na Spitsbergenie
- Zorza polarna na Spitsbergenie – SnowCat, noc polarna i zdjęcia
- Zorza polarna w Tromsø – polowanie, wskazówki i relacja
- Kolory zorzy polarnej – zielony, czerwony, fioletowy i niebieski
- Norwegia – wszystkie wpisy na blogu
- Pogoda w podróży – sprawdź warunki przed wyjazdem
FAQ – psie zaprzęgi na Svalbardzie z Green Dog
Wyprawy Green Dog Svalbard odbywają się w Bolterdalen, około 10–12 km od Longyearbyen. Organizator odbiera uczestników z miasta i przewozi ich do bazy psów zaprzęgowych.
Nie. Wszystko zależy od warunków śniegowych. Jeśli śniegu jest wystarczająco dużo, jedzie się saniami. Jeżeli warunki nie pozwalają na sanie, Green Dog używa specjalnych wózków na kołach ciągniętych przez psy. Podczas mojej wyprawy jechaliśmy właśnie wózkami.
Podczas mojego pobytu temperatura realna wynosiła około -25°C do -33°C, a w najzimniejszym momencie odczuwalnie około -50°C. Najtrudniejszy był wiatr podczas jazdy, bo siedząc w wózku człowiek nie rozgrzewa się ruchem.
Green Dog opisuje swoje psy jako mieszankę psa grenlandzkiego i husky. Są to silne, wytrzymałe psy zaprzęgowe przystosowane do pracy w zimnym, arktycznym środowisku.
Dla uczestnika siedzącego w zaprzęgu lub wózku nie jest to bardzo trudne fizycznie, ale jest trudne środowiskowo. Największym wyzwaniem są mróz, wiatr, ciemność i długie siedzenie bez intensywnego ruchu.
Organizator zapewnia transport z Longyearbyen, sprzęt ochronny, kombinezony, buty, rękawice i przygotowanie do wyprawy. Szczegóły trzeba zawsze sprawdzić w aktualnej ofercie, ale przy arktycznym mrozie sprzęt od organizatora jest bardzo ważny.
Poza Longyearbyen istnieje realne ryzyko spotkania niedźwiedzia polarnego. Przewodnik ma wymagane zabezpieczenie, ponieważ wyprawa odbywa się poza osadą. Broń nie jest atrakcją, tylko elementem procedur bezpieczeństwa w Arktyce.
Tak, jest to możliwe, szczególnie podczas nocy polarnej, gdy ciemność trwa przez całą dobę. Zorza nie jest jednak gwarantowana. Potrzebne są odpowiednia aktywność geomagnetyczna, czyste niebo i dobre warunki pogodowe.
Trzeba ubrać się bardzo ciepło i warstwowo: wełniana bielizna, ciepła warstwa środkowa, izolowane buty, grube skarpety, osłona twarzy, czapka i bardzo ciepłe rękawice. Przy -50°C odczuwalnej temperatury zwykłe rękawiczki nie wystarczą.
To zależy od wieku i odporności na zimno. Aktualne oferty Green Dog dla wypraw w noc polarną podają minimalny wiek 12 lat. Ze względu na mróz, ciemność i długość wyprawy nie jest to atrakcja dla małych dzieci.
Aktualna strona Green Dog dla wyprawy „On tour with sleddogs” pokazuje cenę 2390 NOK za osobę. Ceny mogą się zmieniać, dlatego przed rezerwacją trzeba sprawdzić aktualną ofertę organizatora.
Tak, jeśli chcesz przeżyć prawdziwe, mocne doświadczenie Arktyki. To nie jest zwykła atrakcja turystyczna, tylko spotkanie z nocą polarną, psami zaprzęgowymi, mrozem, wiatrem i surowym krajobrazem Spitsbergenu.
Galeria zdjęć: psie zaprzęgi na Svalbardzie, Green Dog i noc polarna










